Via Ferrata Santer i trekking w Catinaccio.

Via Ferrata Santer i trekking w Catinaccio.

Jednym z celów dzisiejszego trekkingu będzie via ferrata Santner. Aby do niej dotrzeć przyjeżdżamy do miejscowości Carezza, przejeżdżamy obok pięknego jeziora – Lago di Carezza i parkujemy nieopodal kolejki Paolina. Kupujemy bilety w obie strony, gdyż zakładamy, że po przejściu całego szlaku zjedziemy na koniec do parkingu.

To już ostatni dzień naszej wyprawy w Dolomitach Brenty. W regionie Catinaccio -Rosengarten zatrzymujemy się na trekking już w drodze powrotnej do Polski.

Dokładnie w tym miejscu rozpoczynaliśmy naszą przygodę nieco ponad tydzień temu. Wtedy wędrowaliśmy przez przełęcz Valojon, potem przez szczyt Roda di Vael łatwą ferratą o tej samej nazwie. Opis tej wycieczki przedstawiam poniżej.

https://www.campingowo.com.pl/dolomity-catinaccio-ferrata-roda-di-vael/

Dziś powędrujemy głębiej w region Catinaccio, aby zobaczyć nowe dla nas miejsca.

Dzięki wjazdowi na górę kolejką oszczędzamy ok. godziny czasu i nieco siły na podchodzenie. Startujemy na szlak obok schroniska Paolina.

Rifugio Paolina- Rifugio Fronza alle Coronelle.

To pierwszy, najłatwiejszy etap naszej dzisiejszej wędrówki. Pogoda na razie dopisuje, więc bardzo przyjemnie się wędruje mając tak piękne widoki.

Przy schronisku Fronza mamy małą przerwę. Mocno wyprzedziliśmy resztę grupy. Jest czas na zdjęcia i łyk kawy. Nad nami skalne ściany. które robią spore wrażenie. To tam gdzieś będzie przebiegać nasz ubezpieczony szlak… Ubieramy uprząż do wspinania i kaski. Jestem podekscytowana i trochę niepewna jak to będzie?

Via ferrata Santner.

Na via ferratę wychodzimy w piątkę. Idę z Grażyną, Asią, Kamilą i Wojtkiem. Na początek pokonujemy dość strome podejście wśród kamieni i skał. Ten pierwszy fragment uznałam mylnie za początek ferraty.

Dochodzimy do rozwidlenia szlaków i dopiero widzę, że via ferrata Santner ciągle przed nami. Stąd można – idąc w prawo po przejściu Passo Coronelle, przejść do schroniska Vajolet. My idziemy w lewo kierując się na naszą ubezpieczoną drogę. Jeszcze przez moment szlak jest zupełnie niewymagający, jednak już niedługo zaczyna się trasa na która czekałam.

Teren jest bardzo zróżnicowany, więc wymaga uwagi. Przez większą część ferraty nie mam potrzeby się przypinać, korzystam jednak z przygotowanych chwytów czy żelaznych umocnień. Skała bardzo dobrze urzeźbiona pomaga w chwycie, ale momentami okazuje się to zdradliwe, bowiem niektóre fragmenty są ruchome. Ostrzegamy się nawzajem o takich ruchomych fragmentach.

Pewien moment przysporzył mi trudności. Pojawiła się pionowa ścianka, bez stopni czy sztucznych ułatwień pod nogi. Jest tam stalowa lina do której można się wpiąć , ale nie bardzo wiedziałam, jak mam na nią wejść. Brak doświadczenia w tym miejscu wzmógł mój niepokój. Chciałam wejść w tę ścianę bez przypinania ale nie wiedziałam jak. Na szczęście Asia pokazała mi jak to zrobić. Z kilku kroków nabiegu wdrapała się sprawnie za pomocą rąk, więc – niewiele myśląc zrobiłam to samo :) Udało się ! teraz można było iść dalej :)

Po pewnym czasie przyszło zmęczenie, gdyż wielokrotnie trzeba było podchodzić i schodzić pokonując wąskie rynny, płaty śniegu i mokre skały. Ręce miałam coraz bardziej zmęczone, więc w dogodnych momentach przypinałam się, aby dać odpocząć umysłowi i ciału. Wreszcie upragniony koniec. Via ferrata Santner za nami – jesteśmy na przełęczy!

Passo Santner – rifugio Vajolet.

Po wyjściu na przełęcz Santner spowijają nas chmury i widoczność jest już słaba, ale i tak spore wrażenie robi na nas okolica. Schodząc z przełęczy podziwiamy widoki na nieco księżycowe krajobrazy ze względu na chmury i światło. Powoli wyłaniają się na chwilę wieże Vajolet.

Przed nami zejście do schroniska Vajolet, ale najpierw po drodze mamy schronisko Re Alberto 1. Postanawiamy wejść tam na chwilę, licząc na to, że w tym czasie dotrą do nas inni uczestnicy trekkingu. Zamawiamy zupę i tu okazało się, że nie karta a gotówka jest potrzebna do zapłaty. Moi towarzysze wyratowali mnie po drugi z opałów tego dnia pożyczając pieniądze na posiłek. (pierwszy raz pomoc otrzymałam na pionowej ściance, do której nie wiedziałam jak się zabrać, a o trzecim wsparciu – za chwilę :)

Postanawiamy iść dalej, tym bardziej, że reszty naszej grupy trekkingowej nie widać. Oni idą z dwoma przewodnikami, więc nie czekamy tylko ruszamy przed siebie, tym razem ostro w dół. Przed nami kocioł Gartla. Widok jest niesamowity.

Po raz pierwszy otwiera nam się widok na tę stronę Catinaccio i Val di Vajolet. Widzimy następne dwa schroniska leżące po sąsiedzku Rifugio Vajolet i Rifugio Preuss. Pokonujemy częściowo ubezpieczony szlak w dół i niedługo potem jesteśmy pomiędzy schroniskami.

Przed nami widok na następną część trasy. Tym razem wybieramy tę wznoszącą się ścieżkę, która ma nas doprowadzić do przełęczy.

Widok na szlak biegnący do góry na Passo delle Coronelle.

Szlak prowadzi nas znów do góry. Dzis nie ma ani chwili nudy :) Widoki niesamowite zarówno przed nami ale i za nami, zobaczcie sami. Dopiero z tej strony widać majestat skalnych ścian Dolomitów i niesamowite usytuowanie schroniska Preuss.

Na zdjęciu powyżej można zobaczyć szlak przebiegający z góry tam gdzie chmury i skrywające sie za nimi schronisko Re Alberto 1 i w dole schronisko Vajolet.

Rifugio Vajolet – Passo delle Coronelle.

Tymczasem przed nami ścieżka która momentami dość łagodna i zielona, chwilami bardziej kręta i stroma, wraz z nabieraniem wysokości wymaga chwilowego wspinania się. Idziemy na drugą stronę gór przeprawiając się przez passo Coronelle.

Pod samą przełęczą mam mały kryzys. Potrzebuję na moment usiąść, odpocząć, napić się wody. Trochę o tym zapomniałam i organizm się dopomina. Siadam więc na chwilę, odpoczywam, piję i robię zdjęcia.

Macham do do moich znajomych by szli dalej, ja zaraz ruszę. Wiem, że wszystkim zależy by zdążyć na ostatni zjazd wyciągiem Paolina by oszczędzić kolanom schodzenia. Dziewczyny ruszają, a Wojtek mobilizuje mnie mówiąc, że czeka :) W takim razie i ja zaraz ruszam i za chwilę jestem na przełęczy.

To jest ten trzeci raz kiedy poczułam, co to znaczy być w górach z odpowiednimi osobami. Wzajemna wymiana, wsparcie, doping, uśmiech, powodują, że w nawet niewielkiej grupie można zrobić coś, czego samotnie by się nie zrobiło lub z dużo większym nakładem sił.

Passo Coronelle – rifugio Paolina Hutte.

Przed nami ostatni już etap dzisiejszej wędrówki. Schodzimy z Passo delle Coronelle aby wejść na szlak prowadzący do schroniska Paolina i znajdującego się obok wyciągu. Trochę tu krucho i na początkowym etapie bardzo pomagają drewniane schodki.

Omijamy schronisko Coronelle Fronza i ścieżką schodzimy nieco na skróty. Musimy zachować bezpieczeństwo i odległość, gdyż w pośpiesznym zejściu co chwilę spod butów usypują się kamienie. Jeszcze chwila i możemy cieszyć się pewniejszym szlakiem pod nogami i tylko jeszcze spojrzenie za siebie na Passo delle Coronelle.

Ostatni odcinek dojściowy do wyciągu pokonaliśmy w ekspresowym tempie a jego widok już z oddali bardzo nas ucieszył. Udało nam się zdążyć tuż przed zamknięciem i zjechać, dzięki czemu wykorzystaliśmy swoje bilety na zjazd i oszczędziliśmy sporo sił i czasu.

Już na dole, szczęśliwi ustawiamy się do pamiątkowego zdjęcia.

Poniżej trasa naszego dzisiejszego trekkingu w Catinaccio – Rosengarten.

https://en.mapy.cz/turisticka?planovani-trasy&x=11.6049467&y=46.4405713&z=14&rc=9aBToxGCTjfeXxGJE0JKh4ZhH95KiLP57BgshhDohoJfmufhBfZbeZNcVHfXVeO4f2EK9K0gVJTMxGC84&rs=osm&rs=osm&rs=osm&rs=osm&rs=osm&rs=osm&rs=osm&rs=osm&rs=coor&rs=osm&rs=coor&rs=coor&rs=osm&ri=6539387&ri=1097194754&ri=94976203&ri=149546811&ri=6731507&ri=6469375&ri=6524548&ri=20022757&ri=&ri=16295761&ri=&ri=&ri=1053074542&mrp=%7B%22c%22%3A132%7D&xc=%5B%5D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.